U nas była ekscytacja do momentu startu. Jak samolot zaczął się rozpędzać, Stanisław tylko chłodno oświadczył "To chyba był zły pomysł"

Nie mogłam się z nim nie zgodzić, jako że nienawidzę latać

(z tym wyjazdem "stuknęło" mi już 10 przelotów, więc to nie jest jednorazowa opinia). Ale już na wysokości przelotowej zajął się trochę graniem na komórce, trochę kolorowanką, którą dostał od Small Planet, chwilę posłuchał audiobooków. Największa furorę zrobił jednak dmuchany samolot od stewardessy. Zresztą był to najlepszy przyjaciel całego wyjazdu (dzięki bogu w drodze powrotnej dostał drugi

).
Natomiast Staś nie za bardzo chciał się rozpinać, więc była lekka walka o wyjście do ubikacji - bo to i "chce mi się" i "boję się odpiąć". Siedział przy oknie, bo myśleliśmy, że będzie przyklejony do szyby, a on bał się podnieść pupy z fotela. W drodze powrotnej zmieniliśmy konfigurację i to ja zajęłam miejsce przy oknie, a Staś siedział w środku, co posłużyło nam obojgu (mnie, bo dzięki temu, że widziałam odległy horyzont, nie wpadłam podczas startu w panikę, że zaraz spadniemy, bo widzę ziemię, a Stasiowi ponieważ widział to, co ja, dzięki temu, że fotografowałam dużo lub kręciłam filmiki i on nie musiał się wspinać do okna, tylko widział to samo na ekranie komórki).
W drodze powrotnej Staś odpłynął nam w trakcie największego przeciążenia podczas startu. Przespał ze 40 minut. Potem znowu komórka. A potem spektakl z mojego telefonu (o czym pisałam wcześniej).
W zasadzie z takiego lotu, gdzie można względnie robić co się chce mieliśmy około 1,5 h. Na szczęście Staś się grzecznie podporządkowywał poleceniom pozostania na miejscu, czy zapięcia pasów.
Stresujący moment był podczas lądowania na Zakynthos, bo Stasiowi zatkało ucho i bardzo go to bolało. Ja miałam już wizje szukania lekarza, ale na lotnisku było już po wszystkim - przeszło samo (mnie kiedyś po locie na Węgry zatkało ucho na kilka dni).
Z całego lotu najgorsze było opóźnienie na Zakynthos - 3 h dodatkowego czekania (łącznie prawie 6 h na lotnisku). W upale, z kiepsko działającą klimą, z tłumem ludzi, hałasem i niczym porządnym do zjedzenia (głównie słodkości lub kanapki z serem!! lub kurczakiem, co w moim przypadku oznacza równie złą opcję, nie było nic na ciepło, Staś nie chciał nic zjeść z tego, co było dostępne). Wykończyło wszystkich. A ja głupia myślałam, że na Okęciu był tłok - fakt, było dużo ludzi, ale nie tworzyli oni takiej dzikiej, zbitej masy jak w Grecji. Potem jeszcze łącznie chyba 2 h oczekiwania na bagaż i godzina w biurze, żeby zgłosić uszkodzone walizki (dwie z trzech

). Wstępny plan przewidywał, że najpóźniej o 21 będziemy w domu, a my równe 0:00 wystartowaliśmy z parkingu przy lotnisku. W domu byliśmy około 1:30. Droga powrotna wykończyła wszystkich
Co ciekawe w drodze na Zakynthos byliśmy na lotnisku 2 h przed rozpoczęciem odprawy (bo tak nam wypadło akurat) i jakoś nie odczuliśmy tego przedłużonego oczekiwania na lot (4 h). No ale Okęcie, a Dionysios Solomos to dwa różne światy. Czasami czułam się jakbym odlatywała z jakiegoś kraju trzeciego świata, a nie terytorium UE
