W zeszłą środę oddaliśmy kontrolnie kał na posiew, ale myśleliśmy, że to będzie tylko formalność, bo wszystkie objawy ustąpiły.
I tu wielkie zaskoczenie - w posiewie dalej salmonella. Chyba nie muszę pisać jak bardzo się wściekłam, bo ślad po tym jest w wiadru pomyj
Poszliśmy do lekarza w naszej przychodni, ale nie do naszej pediatry, bo w czwartki jej nie ma, tylko do lekarza rodzinnego. Lekarz sięgnął po telefon i zaczął czytać. I wyszło kilka ciekawych rzeczy, których z polskich stron się nikt nie dowie, bo nigdzie o tym nie piszą. Jak znajdę te źródła, z których nasz lekarz to wyczytał, to tu zamieszczę.
W każdym razie, po zakończeniu antybiotyku salmonella może być obecna w kale (chociaż nie musi) jeszcze przez 12 tygodni i dopiero po takim czasie powinno się zrobić kontrolny posiew. W tym czasie nie zaleca się innych antybiotyków (chociaż wyszło, że my jeszcze jeden doustny moglibyśmy podać), żeby już nie wyjaławiać układu pokarmowego. Trzeba tylko bezwzględnie bez przerwy podawać probiotyki. Po tych 3 miesiącach zazwyczaj bakterii w posiewie już nie ma. Ale może się zdarzyć, że jednak będą, to kolejny termin to rok po zakończeniu leczenia. W tym czasie dalej podaje się probiotyki. Potem robi się posiew. Tak jakby organizm sam był w stanie pozbyć się salmonelli. I dopiero jeśli po roku bakterie dalej są obecne mówi się o nosicielstwie salmonelli. I wtedy trzeba iść do poradni chorób zakaźnych.
My ustaliliśmy, że jeśli za 2,5 miesiąca dalej będą bakterie, to już wtedy pójdziemy.
Jeszcze ciekawe co na to sanepid. Bo to konfrontacji z nimi najbardziej się boję.












